sobota, 12 grudnia 2009

箕面の生活/ Życie w Mino

Kampus Mino to niezwykłe miejsce. Jedyne i niepowtarzalne. Tak jak i mój akademik. Dlatego dziś nie będziemy zwiedzać. Dziś spędzimy nudny dzień w domowych pieleszach. Zapraszam.
Miejsce które zwykle uważa się za dom, to miejsce gdzie się śpi, gotuje, kąpie, je, sprząta... nie da się więc ukryć że "Akademik dla studentów z zagranicy nr. 1" jest moim domem. 
Dom ten pełen jest ogłoszeń i zawieszek, które albo o coś proszą albo przed czymś przestrzegają. Informują, że chłopcy powinni opuścić piętro dziewcząt przed 21 (dziewczęta zresztą też - jak dopisano pod spodem... tak, nikogo nie powinno się dyskryminować..), że ogrzewanie działa od 9 rano do 10 wieczorem, że firewerki są zakazane... Na koszu w kuchni można wyczytać, iż "przyjmuje tylko śmieci kuchenne" - resztą prawdopodobnie pluje, ale tego nie jestem pewna, bo nigdy nie odważyłam się sprawdzić. Na drzwiach pralni widnieje informacja, że dnia x miesiąca y doszło do kradzieży bielizny więc lepiej zabierać ją możliwie szybko do pokoju..
Jakby tego było mało akademik ma skłonność do tego, żeby do człowieka mówić.. Najpierw wydaje odgłos zbliżony do sygnału odjazdu pociągu a potem głosem pana Tanaki informuje, że winda/ogrzewanie/ciepła woda są chwilowo wyłączone z użytku... moshiwakenai i gambatte*.. Pan Tanaka to dyrektor naszego akademika, którego spotkaliśmy do tej pory może ze dwa razy. Nie poznalibyśmy go wcale, gdyby nie to, że lubi zwoływać zebrania by podzielić się z nami swoją życiową wiedzą i doświadczeniem.. "Noście ciepłe skarpetki i nie uganiajcie się (za bardzo) za płcią przeciwną..." Ziew. 
Jeśli już jesteśmy przy sprawach przyziemnych, warto wspomnieć, że w Japonii istnieje obowiązek segregacji śmieci. I tak, wszystkie rzeczy we wszechświecie dzielą się na puszki, butelki i tzw. barnable** . Podział ten nie jest nadmiernie kłopotliwy tak długo, jak nie chce się wyrzucić czegoś chociaż trochę bardziej niestandardowego... parasolki na ten przykład.. Oczywiście można też założyć że wszystko spłonie... w odpowiedniej temperaturze.. 
Sam kampus, jak to określiła jedna z moich wykładowczyń: "Jest bardzo przyjemny, tylko nic tu nie ma". Mamy w prawdzie sklepik, stołówkę, księgarnie i nawet kawiarenkę ale wszystkie te przybytki otwarte są jedynie od poniedziałku do piątku do godziny 18 (kawiarnia) lub 20 (sklep). Później zostaje już tylko spożywczy przy stacji (10 minut na piechotę, 5 na rowerze). Oczywiście mamy też Onoharę (miejscowe centrum rozrywek zaopatrzone w McDonalda, KFC, kaitenzushi a nawet karaoke) i Osakę, ale odległość do obu jest jednak dość znaczna.
Jeśli dzień jest powszedni kampus tętni życiem. Jeśli weekend, rozgłośne krakanie miejscowych ptaszysk miesza się z okrzykami członków klubów sportowych i rzępoleniem dochodzącymi od strony pomieszczeń klubów muzycznych. Do tego jeszcze "ping pong" niezmordowanie odbijanej piłeczki do "narodowego sportu Mino". 
I tak biegnę rano z kubkiem kawy w zębach na zajęcia, czyham na wolną pralkę, nigdy nie wiem czy to co wyjmuje z lodówki jest napewno moje, pije ze znajomymi przed budynkiem i chodzę na dach popatrzyć na światła miasta. Mieszkam w akademiku i żyję studenckim życiem. Może trochę dziwnym, ale jednak studenckim.  


Słowniczek:
* w tłumaczeniu zwykłym: bardzo nam przykro, musicie sobie jako radzić; w tłumaczeniu kontekstowym: i tak mamy was gdzieś, więc siedźcie cicho a może to kiedyś naprawimy
**burnable - palne

1 komentarz:

  1. akademik - moje największe i chyba najważniejsze doświadczenie czasu studiów. U leniwych ludzi potrafi zabić wszystkie inne znajomości. Przy odpowiednim stopniu lenistwa, potrafi zabić nawet wieloletnią znajomość z osobą z akademika obok, bo skoro ma się kolegów 3 metry w kapciach od siebie, to jak się zmusić do dbania o znajomość wymagającą zakładania butów?

    OdpowiedzUsuń