środa, 21 października 2009

外人さん、 美人さん! / Gaijinsan, Bijinsan!*

Z przykrością muszę stwierdzić, że pisanie bloga nie jest wcale zajęciem łatwym. Zanim zdąży człowiek jako tako opisać bieżące wydarzenia, natłok nowych przeżyć pozbawia wszystkie poprzednie blasku. Uporządkowanie tych 2 tygodni w Mino (mam wrażenie jakby były to przynajmniej 2 mc) nie jest wcale takie proste.
Moje życie na Handaiu zaczyna się jako tako układać. Tworzę wokół siebie pewne stałe, których mogę się trzymać. Odkrywam tajniki gaijińskiego życia. Wśród przedmiotów najbardziej pożądanych nie znajduje się już czajnik elektryczny i nożyk do obierania warzyw. Jego miejsce zajęły miękkie, wygodne kapcie i poduszka do siedzenia na podłodze. Tak, chyba tworzę sobie coś na kształt domu.
Nasza pierwsza wycieczka do Kioto obfitowała w niezwykłe przeżycia. Nie, nie mam na myśli zwiedzania  uznawanej za skarb narodowy świątyni: 三十三間堂 (Sanjuusangendou) oraz podziwiania znajdujących się wewnątrz 1001 posągów Kannon znanych mi wcześniej z podręczników. Chociaż nie da się ukryć, że to miłe uczucie, znaleźć się nagle w centrum "podręcznikowego zdjęcia".
Ważniejsze było jednak spotkanie z dziką przyrodą, jakie przeżyliśmy jedząc drugie śniadanie nad brzegiem rzeki. (Osoby, które czytają bloga Moniki wiedzą już zapewne o czym mowa). Tak! Dzikie ptaszysko spadło na nas z nieba, wyrwało z rąk kanapkę siedzącej nieopodal Japonce i umknęło z łoskotem skrzydeł. Nie! To nie był wróbel! Nie był to gołąb! Ani nawet kruk! To był prawdziwy, oryginalny, made in  Kioto jastrzębio-podobny osobnik.
Samo zwiedzanie Kioto, okazało się zajęciem o tyle przyjemnym co kłopotliwym. Przyjemnym, bo to miasto w którym co kilka kroków natrafia się na coś godnego uwagi a nawet zachwytów. Kłopotliwym, bo dotarcie (przynajmniej na piechotę) do konkretnego celu jest prawie niemożliwe... zbyt wiele miejsc na które "tylko rzuca się okiem" przez godzinę lub dwie.
Trafiłam tu, w Japonii, na zjawisko w równym stopniu swojskie co niepokojące. Mianowicie, pod pobliskim hipermarketem dopadli mnie Świadkowie Jehowy. Tak, globalizacja zatacza coraz szersze kręgi, bo nie dość że byli tym kim byli, to mieli nawet książeczkę zawierającą przesłanie w kilkudziesięciu językach świata. Nawet po polsku. A wszystko to w otoczonym górami Mino.
Każdy japonista wie, że między Japończykami a cudzoziemcami trwa swoisty rodzaj gry. Każdy Japończyk, po usłyszeniu od Gaijina choćby głupiego "konnichiwa" natychmiast musi zakrzyknąć "日本語が上手ですね!"! Na to japonista, powinien bez wahania i zbędnej zwłoki zaprotestować "いええ、 まだまだです。". Wyrażenia te, działające na zasadzie hasło - odzew, są stałym elementem komunikacji gaijińsko-japońskiej i nie mają nic wspólnego z właściwym poziomem znajomości języka. Okazuje się jednak, że "grę" taką można rozciągnąć też na inne aspekty życia. Co piątek odbywają się u nas imprezy, na które poza gaijinami przychodzą też japońscy studenci z pobliskich akademików. I wtedy się zaczyna. Nie ważne czy masz nos duży czy mały, zęby krzywe czy proste, uszy odstające czy nie: jeśli tylko twój kolor włosów jest nie-czarny i nie-farbowany (a przynajmniej nie krzyczący na odległość 100 metrów że jest farbowany) a na dodatek jeśli jesteś istotą płci żeńskiej na pewno usłyszysz, że jesteś kawaii, śliczna, urocza, wszystkie Polki są przepiękne i w ogóle ehh i ahhh... Co więcej usłyszysz to od obu płci. W takiej sytuacji także należy zakrzyknąć słowa sprzeciwu i skromności... Tyle, że "まだまだです" sugerowałoby nadchodzącą operację plastyczną..

*Słowniczek dla Niewtajemniczonych:
Gaijin - obcokrajowiec
Bijin - ślicznotka/przystojniak
日本語が上手ですね! - twój japoński jest taki dobry!
まだまだです - nie jeszcze nie,  jeszcze dużo (pracy) przede mną

czwartek, 15 października 2009

坂大にようこそ! / Witamy na Handaiu

Japonia. Dojechałam. Fajerwerków nie było. Ale jest całkiem nieźle.
Jak wiadomo od zawsze chyba, każda magiczna kraina, nawet Japonia, z bliska okazuje się po prostu rzeczywista. Ale czy wszystko co rzeczywiste musi koniecznie być gorsze?
Samolot do Frankfurtu trochę trząsł. Ten do Osaki był tak wielki, że nawet jeśli trząsł drgania rozpłynęły się gdzieś po drodze i nie przeszkodziły mi w oglądaniu kolejnych filmów na niewielkim telewizorku umieszczonym tuż przed moim nosem. Mimo zmęczenia spowodowanego stresem związanym z awarią pociągu na Balice, pomyłką pana wydającego bilety, przesiadką, odkryciem, ze tak naprawdę moja rezerwacja nie jest do końca zarezerwowana i wielokrotnym przewracaniem moich gratów w poszukiwaniu nie wiadomo czego przez obsługę lotnisk (coś w moim plecaku musiało wyglądać szczególnie atrakcyjnie, bo zatrzymywano mnie na każdej bramce... z wyjątkiem polskiej, ma się rozumieć) nie uśpiły mnie ani "Anioły i demony" ani "Epoka lodowcowa". Wyczynu tego dokonały dopiero "Transformers 2". Gratulujemy.
A po przylocie... tak, po przylocie życie nie było już takie różowe. Przede wszystkim Osaka powitała nas pogodą, którą z czysty sumieniem mogę określić jako Mushi-atsui a biorąc pod uwagę, że wylatując z Polski miałam na sobie zimową kurtkę szok termiczny był silniejszy niż jetlag.
Z kolei nastąpiła chwila stresu w oczekiwaniu na bagaż (jak się okazuje nie tak całkiem nieuzasadniona, bo nie wszyscy mieli tyle szczęścia by swój bagaż dostać tego samego dnia), bliskie spotkanie z psami szukającymi narkotyków, kolejny miły pan na bramce przeszukujący moje tampony w poszukiwaniu ciekłego wodoru i już mogłyśmy wyjść z lotniska.
Tam dla odmiany panowie kierowcy, którzy usilnie próbowali przeczytać na głos te dziwne zbitki znaków katakany które podobno były naszymi nazwiskami (na marginesie moje drugie imię, Jadwiga, okazało się dla nich szczególnie dużym wyzwaniem) i już siedzieliśmy w busach kierujących się do Mino.
Po drodze przeraził nas jeszcze pomnik - symbol EXPO w Osace. Kiedy go mijaliśmy przez moment podejrzewałam, że to wytwór mojej niewyspanej wyobraźni, ale pyknięcie aparatu za moimi plecami upewniło mnie, że inni także widzą to niezwykłe zjawisko.
W końcu dotarliśmy do akademika otulonego strugami deszczu. Szczerze mówiąc, do dziś nie widziałam w Osace dnia tak strasznie smutnego, szarego i przygnębiającego jak 2 października. Kampus jeszcze pusty - studenci pojawić się mieli dopiero tydzień później, akademik umiarkowanej klasy i pogoda pod psem. Dokładając do tego brak internetu i fakt, że Japończycy z wrodzoną sobie wrażliwością (na sprawy urzędowe i ich terminowe załatwianie) posadzili nas od razu do wypełniania stosów dokumentów, depresja u 80% nowo przyjezdnych nie była niczym zaskakującym. Swoją drogą, to fascynujące uczucie wypełniać druczki po 24 godzinnej podróży przez kilka stref czasowych. Nigdy jeszcze nie myślałam tak intensywnie nad tym kiedy to ja się właściwie urodziłam.
W końcu trafiliśmy do swoich pokoi. Pierwszym co rzucało się w oczy było to, że są duże. Naprawdę. Całe życie wpajano mi, że jeśli już dotrę do Japonii będę się gnieździć w jakiejś maleńkiej klitce, w której ledwo zdołam się obrócić. Tymczasem, pierwszego dnia pomyślałam, że mój pokój nie tylko jest duży... jest za duży... i strasznie pusty.
Rozlokowaliśmy się więc w pokojach, odetchnęliśmy nieco i tak! Hurra! Kolejna porcja formalności! Ah, jakie to piękne, czy to nie wspaniale? I tak przez kolejny tydzień. Witamy na Handaiu.